Nie było mnie tu ponad miesiąc. Długo? Pewnie tak. Ale nie przeczytacie o braku weny, nie. Tej to przez ostatnie tygodnie miałam pod dostatkiem, tylko czas mi jakoś  przez palce przeciekał. A już myślałam, że mam wszystko poukładane. Już myślałam, że ja , mistrzyni organizacji, królowa porządku w szafach i geometrycznego układania bielizny w szufladach jestem ogarnięta na mistrzowskim poziomie. Otóż nie. No kurwa, nie ogarniam, nie wyrabiam, nie, nie nie!! (tupię nogą)

Jak nam się dzieci na świecie pojawiały to tenże na czas jakiś na głowie stawał, ale wszystko po chwili jakiś system samo  łapało, nie potrzebowałam ani grafiku dnia ani przypomnień w telefonie. Ale sielanka widać za długo trwała, bo szanowny kwiecień Anno Domini 2016 wskazał na moją organizację środkowym palcem.

OLABOGAMOJANOGA!

Najpierw mąż. Tak, jak trzeba zwalić winę to zawsze jako pierwszy pod nóż idzie mąż. Uszkodził się. Fizycznie, bo od psychicznego uszkadzania go jestem ja. A wracając do usterki… Zrobił sobie kuku grając w piłkę, a tamtego dnia sama go na nią wygoniłam, więc nawet nie mogę całej winy za dalsze nieszczęścia walnąć w niego. Bywa.

I wsadził chirurg nogę mężową w gips. Na dwa tygodnie… I zalecenia dał. I gdybym pana chirurga nie znała i nie lubiła, to bym mu te zalecenia… No dobra, znam się trochę na usterkach, nie tylko pralek. Musi nie chodzić więc nie będzie. Musi nie stawać na nodze uszkodzonej? Jakoś damy radę. Ma tylko szczęście, mąż, nie noga, że te dwie chude laski, z którymi się prowadzać zaczął to nie żadne blondyny z cyckami większymi niż moje. Właściwie to one wcale cycków nie miały i w kontaktach bezpośrednich wydawały się raczej zimne, więc zagrożenia nie było. I zasiadł mąż na kanapie. I tak siedział, bo nie wolno mu było nic innego. A mnie wtedy trafił szlag…

Od dawna już, na mocy niepisanych porozumień między nami, udawało nam się dość sprawnie panować nad chaosem. We dwoje. Ja to, Ty tamto. Ale teraz ja i to, i tamto. I tamto też, choć nie po drodze. O godzinie 22, kiedy klapnęłam koło mężowej nogi na wspomnianej kanapie, chciało mi się tylko siedzieć. Na pewno nie pisać. Może to i dobrze, bo gdybym chciała w pełni przekazać swoje emocje, to chcąc jednocześnie wywrzeć dobre na Was wrażenie, musiałabym wykropkować wszystkie brzydkie słowa. A tekstu z samych kropek pewnie nie chciałoby się Wam czytać… No, to zostałam więc prawie sama z trójką dzieci. A jedno specjalnie-upierdliwej troski… Strasznie mnie wtedy wnerwiał i o tym wie.

Run, bitch!

W kwietniu mieliśmy rocznicę ślubu. Ślubów. I poznania i w ogóle wszystkiego „naszego”, bo my tak jakoś cyklicznie wszystko… I szukałam mu miesiąc butów do biegania, na prezent, żeby już w tych swoich zeszłorocznych snickersach nie biegał… Za każdym razem, kiedy wychodził wieczorem i zakładał te swoje jebki, ja normalnie uszami wyobraźni słyszałam jak mu coś za chwilę trzaśnie na którymś kamieniu. No, ale się uszkodził i diagnoza zapowiadała, że se na razie nie pobiega. A uszkodził się, jak już mówiłam, w piłkę grając. Wtedy miał buty odpowiednie… No ale jak nie on, to czemu nie ja!? Co ma się fundusz obuwniczy zakurzyć, albo nie daj Boże, w jakieś nowe firanki przeistoczyć. Co, że ja nie pobiegnę? A pobiegałam sobie, kilka razy nawet. A pewnym razem, to sobie takiego sprinta zarzuciłam, że mnie dwa dni potem wykręconą, zgiętą i z bólu płaczącą na izbę przyjęć wiózł. Już mógł. Dzień wcześniej gips mu zdjęli… Tamtego dnia rwa kulszowa okazała się być moją, dozgonną już chyba, przyjaciółką… Żebym i jej potrafiła się z trzaskiem i hukiem pozbyć, jak dotąd z takimi z krwi i kości (choć rzadko kręgosłup miewały) mi się udawało…. I tym oto niemagicznym sposobem resztę miesiąca przeżyłam z bólem dupy. Przedwczoraj udało mi się wrócić na trasę (buahahahahaha, czyli prędkość siedem na godzinę).

 

Ale mamo!

W stałym międzyczasie moim córkom towarzyszyło przedłużające się w nieskończoność wiosenne przesilenie. A dzięki splotowi wyżej opisanych zdarzeń, mojej zarówno wrodzonej jak i po drodze nabytej, wszechogarniającej kurwicy, wizja użycia kilometrów taśmy klejącej w celu przymocowania ich do ścian w dwóch osobnych pokojach wydawała równie realna jak kusząca. Nie, nie zrobiłam tego. Ślady z taśmy ciężko schodzą, a na malowanie nie mam ochoty.

Sztuka kompromisu

Cholernie ciężka do opanowania. Bo jak już nauczysz dzieci, że można się dogadać, względnie dokrzyczeć, mąż już się nauczył uskakiwać przed lecącą na niego suszarką…na pranie, a kot wie, że nie dostanie więcej chrupek to i tak wszystko o dupę roztrzaskać można.

Bo tak. Serio.

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl