Siedem lat. Tyle czasu minęło odkąd zaczęłam kompletować wyprawkę dla mojej pierwszej córki. Siedem lat odkąd mój świat zaczął się w realny i coraz bardziej namacalny sposób nieodwracalnie zmieniać, a życie coraz mniej miało przypominać to „przed”. Od wtedy już miałam nie być sobą taką, jaką byłam dotychczas.

Tak wróżyły wszelkie poradniki, które dostawałam od ginekologa przy okazji kolejnych wizyt, każda wzięta do rąk gazeta, tak mi mówiła mama i wszystkie już „dzieciate” koleżanki. Ale czy tak się stało? Czy świat stanął na głowie i i już do końca mojego życia będę go oglądać przez pryzmat macierzyństwa? Przez te wszystkie lata siedzę w domu i zajmuję się dziećmi, ale mój świat nadal trzyma się na nogach, czasem nieco się chwiejąc, ale cały czas ja to ja.

Pamiętacie dzień, w którym pierwszy raz zostawiliście swoje dziecko pod opieką babci albo koleżanki, bo chcieliście zrobić zakupy a było za zimno, może wyjść na kilka godzin i we własnym tylko towarzystwie spędzić trochę czasu? Jak nerwowo zerkaliście na ekran telefonu czując jednocześnie i ulgę i rozżalenie, że jakoś sobie bez was radzą? Albo pierwszy dzień w przedszkolu? Jak mokrymi oczyma obserwowaliście niknące w grupie rówieśników, wcale nie zainteresowane waszą osobą tak, jak byście tego chcieli? Jak pusty wydawał się dom przez te kilka cichych godzin i myślami próbowaliście przyspieszyć bieg wskazówek zegara? Na Facebooku piszecie jaka to masakra, bo Wasza Kasia, Zuzia czy Marysia tak szybko rosną, a dopiero były takie malutkie, że chcielibyście cofnąć czas… Późnym wieczorem, na Waszym blogu powstanie wpis o tym, że nie jesteście gotowi na to aby Wasz mały Krzyś czy Antoś już dorastał, że nie czujecie się już tak potrzebni mu jak kiedyś, że ciężko Wam z tym…

W sieci, w prasie, w telewizji-wszędzie się dowiesz tego, że to normalne, że odczuwasz lęk przed rozstaniem z własnym dzieckiem, choćbyś miał stuprocentową pewność, że będzie pod najlepszą, zaraz po Twojej, opieką na świecie. Masz do tego prawo. Musi Ci być żal, bo czujesz się jakbyś największy swój skarb oddawał w cudze, niepewne ręce. To NORMALNE.

Ale mi wcale nie jest żal! Mam dwie córki. Między nimi niemal równiutkie pięć lat różnicy, więc śmiało mogę powiedzieć, że swoje macierzyństwo dwa razy zaczynałam od nowa. Dwa razy przyzwyczajałam swój mózg do wyczuwania potrzeb dziecka zanim ono samo zdążyło je rozpoznać. Dwa razy zaliczałam ciągi nieprzespanych nocy, po których nie tylko mój organizm ale i psychika klękały błagając o litość i choćby raz w tygodniu osiem godzin niczym nieprzerwanego snu. I nie tęsknię za tym, a duch mój się raduje, kiedy widzę je coraz starsze i coraz bardziej samodzielne. Za moje dzieci oddam życie. Nie ma na świecie niczego, co rangą dorastałoby do miłości jaką je darzę. Obie przyszły na świat po trudnych ciążach, wyproszone, wybłagane… Ale nie pozwoliłam ani sobie ani im na to, żebyśmy zrosły się ze sobą tak, żeby zniknięcie z horyzontu którejś z nas powodowało atak panicznie-histeryczny u pozostałych. To nie tak, że nie martwię się o nie ani nie tęsknię kiedy nie jesteśmy razem, ale pierwsze miesiące mojego macierzyństwa 7 lat temu nauczyły mnie, że dla siebie samej muszę być równie ważna jak dla moich córek.

Kiedy moja starsza szła do przedszkola… I zaraz widzę dziesiątki postów na FB i tyle samo wpisów na blogach o tym, jak kręciła się wam w oku łza, jak gula w gardle rosła czy co tam jeszcze. Ja mojej spakowałam kanapki, pomogłam naciągnąć kieckę, kazałam być grzeczną, dałam buziaka i z uśmiechem odprowadziłam do drzwi. Nie żebym musiała być dzielna i nie dać po sobie poznać, że przypadkiem jeszcze jej się odwidzi i nie będzie chciała zostać. Po prostu… Przyszedł czas pójść do przedszkola… i już 🙂  Nie, to nie ja odprowadzałam ją tamtego pierwszego dnia. Zostałam w domu z 4 miesięcznym niemowlęciem, a rolę tego co porzuca własne dziecko na pastwę przedszkolanek, złośliwych dzieci, a także bakterii i wirusów, dzielnie przyjął na siebie mój mąż 🙂 Ale nie stałam w oknie odprowadzając wzrokiem odjeżdżający w siną dal samochód z moim największym skarbem na pokładzie. Nie. Zrobiłam sobie kawę i pijąc ją, ciepłą-jak zawsze, delektowałam się ciszą. Nie miałam nic przeciwko zrzuceniu na cudze ramiona obowiązku pilnowania przy myciu rąk, podciągania gatek i podawania obiadku. Robiłam to przecież przez pięć lat, dlaczego więc nie miałabym docenić chwili przerwy? Kilku chwil, a dokładnie 5 na 7 dni w tygodniu.

Od półtora roku jakoś próbuję znaleźć satysfakcjonującą i wszystko wyjaśniającą definicję „matki polki”. Kiedy byłam z młodszą na pierwszej wizycie u ortopedy zapytałam, czy widzi jakieś przeciwwskazania do tego, żebym ją nosiła w chuście. Z powodów neurologicznych pierwsze 10 tygodni życia młodej było, delikatnie mówiąc, lekko przerąbane. Naprawdę byłam jak mamuśka z obrazków w necie, miotła w dłoni,włos w nieładzie, dziecię wrzeszczące-niemal 24h, bo gagatek zasypiał rano, kiedy starsza gubiła już resztki snu spod powiek. No i chusta okazała się najlepszym wynalazkiem, bo dawała wolne ręce mnie, a ścisk i odpowiednia pozycja były dla maleństwa  najbardziej uspokajającą z możliwych kombinacji. I przez kilka godzin, od butelki do butelki, mogłam nawet zapomnieć, że mam w domu noworodka. A wracając do doktorka… Spytał mnie, po co mi to. No to mu tłumaczę, że ręce wolne i łatwiej się ogarnąć, nie muszę nosić więc i ręce odpoczną. Pominę, że spytał (on, ortopeda!!) czemu chcę sobie kręgosłup obciążać noszeniem dziecka w chuście, ale skoro chcę być „taka matka polka” to on przeciwwskazań nie widzi.

Ręka w górę, który rodzic chętnie będzie miał obie ręce wolne i jednocześnie zajmie się dzieckiem? Brawo Wy! 🙂

Tym sposobem chata ogarnięta, wliczając przygotowanie obiadu, w góra trzy godziny. I dziecko się spać nauczyło więcej niż cztery godziny na dobę! Dzięki chuście i skrajnemu braku odpowiedzialności moje młodsze dziecko nauczyło się też przesypiać noce (całe!), ale tę historie opowiem Wam innym razem. I z błogosławieństwem pana doktora, mając do dyspozycji mnóstwo czasu zajęłam się tym, co w jego definicji matki polki zapewne się nie mieści.

Powiem Wam jeszcze, to nie żadna tajemnica, przynajmniej od teraz, że uwielbiam mieć możliwość pozbycia się dzieci z domu. Mogę wyłączyć „tryb mama”, bo muzyka już nie za głośna, przeciąg nie za duży, piekarnik nie jest zbyt gorący a podłoga zbyt mokra. I nie ważne, czy pod ich nieobecność zabiorę się za zaległe prace domowe, czyli mycie podłóg z Iron Maiden w tle, czy za książki, które już piąty dzień z rzędu błagalnie patrzą na mnie z wirtualnej półki. Robię wtedy to co chcę i przede wszystkim jak chcę.

Uwielbiam ten moment, każdego wieczoru, kiedy zamykam za sobą drzwi do pokoi, w których zostawiam śpiące bądź zasypiające już dziewczynki, przestaję być mamą i mogę być telewidzem, graczem czy żoną. Bo codziennie, nie tylko wieczorem jestem kim chcę i jaka chcę, a macierzyństwo i bezgraniczna miłość do własnych dzieci wcale aż tak bardzo nie determinuje mojego życia.

Teraz też przerwy miewam częściej. Gdy mąż z pracy już wróci, bardzo chętnie napuszczam na niego dwie małe, żądne zabaw i wygłupów bestie. Litościwie pozwolę mu zjeść obiad,  a potem „Idźcie do tatusia” załatwia mi co najmniej pół godziny świętego spokoju. I nie biegnę do deski do prasowania, tylko siadam sobie z ebookiem w ręce, czytam popijając kawkę.

A jeśli z pokoju obok usłyszę jęki i krzyki, to tylko z satysfakcją, telepatycznie przekażę mojemu kochanemu: „Przynajmniej wiesz, co mam tu czasami, radzę sobie ja to ty też się naucz” 🙂

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl