Jeśli zaglądając tutaj liczysz na część drugą usprawiedliwień pt „Dlaczego mnie tutaj tak mało” to zdaje się, że się zawiedziesz… i nie. Mało mnie na blogu, ale przez ostanie tygodnie mnie samej jakby więcej. Nie chodzi o te dodatkowe  2 kilogramy, chociaż jakby kto był zainteresowany to oddam je darmo i gratis dołożę jeszcze z 5…

Pierwszym powodem, dla którego nic nie napisałam jesteście Wy. Szanuję Was i z troski o Wasze samopoczucie, nie chcąc jednocześnie zawodzić Waszych oczekiwań postanowiłam Was oszczędzić. Jak to? A no tak to, że jesteście tutaj, w moim świecie, w którym wszystko jest normalne, zwykłe i choć może nie do końca statystyczne to na pewno nie podrasowane różem i kwiatkami. Musiałam Wam darować „rzyganie tęczą i sranie cukierkami” (autorko cytatu, zgłoś się, osobiście wręczę Ci zań nagrodę 🙂 )

Po drugie, bardziej prozaiczne i rozczarowujące, po prostu za dużo mam na głowie. Tylko czemu miałabym Was tym obarczać, skoro na ten mój rudy łeb sama sobie wszystkiego nakładłam? Bo mogę, a Wy i tak będziecie czytać 😛

Wiecie, że jestem egoistką i mi z tym dobrze? Już dość dawno odkryłam, że jeśli każde działanie przemyślę pod kątem „czego JA chcę” to dobrze na tym wyjdę nie tylko ja, ale i moi bliscy. Mam tendencję do bycia bombą o sporym polu rażenia, a wzrastająca frustracja zwykle tylko przyspieszała odliczanie. A w ciągu minionych 6 miesięcy zaczęłam bawić się w blogerkę, dałam się namówić na bieganie, kupiłam abonament w legimi… No i dziecko młodsze bardziej mobilnie roznosi dom (mieszkanie, 60 mkw). A mi zrobiło się ciasno. Bo choć ja tego wszystkiego CHCĘ, zapomniałam o tym, czego nie chcę. Zapomniałam nawet o tym, że nie chcieć mogę, co poskutkowało tym, że zamiast chcieć zaczęłam musieć. Skomplikowane? To sobie pomyślcie jak ja się czułam, kiedy sama na to wpadłam 😛

Podział ról i obowiązków sprawny u nas jak dotąd, z tą jedynie różnicą, że mężowa noga nadal mniej sprawna. Ale wieczory zaczęły stawiać mnie przed wyborem, którego nie umiałam podjąć. Blog, mąż, zadyszka po 5 kilometrach czy nos w książce kiedy ślubny jeszcze odpisuje na służbowe maile… Kończyło się zazwyczaj na zaległym prasowaniu albo nadrabianiu snu (drzemka w dżinsach na kanapie boli jeszcze przez dwa dni). I jak nie wierzę w plany i grafiki, tak postanowiłam sobie w końcu zaplanować czas. Taki kompromis z samą sobą, żeby tych dwóch na wyłączność wieczornych godzin nie spędzać na zastanawianiu się dlaczego nie mam na nic czasu. I coraz bardziej dociera do mnie, że bardziej niż „ja chcę” obchodzi mnie „ja nie chcę”, choćbym nawet na pytanie dlaczego? odpowiadać miała BO NIE!

Nic Wam nie obiecam. Nie tym razem.

 

A teraz tęcza…

…czyli powód, dla którego wolałam przeglądać katalog IKEI zamiast skrobać o tym, jak to mi zajebiście motylki w brzuchu latają a Wy macie mi zazdrościć.

Kilka lat temu z małżonek szanowny założył sobie, że zanim mu stuknie czterdziestka będziemy mieli swój własny dom. Wiecie, sto metrów, zielony płotek, pies i własne podwórko. A kilka tygodni temu, dzięki kolejnemu splotowi zdarzeń i wydarzeń, a przede wszystkim dzięki jego zajebistości nasze plany zobaczyliśmy przybliżone w czasie, wyraźnie niczym pod mikroskopem. Jak bardzo można zwariować ze szczęścia, kiedy w środę w oszczędnościach masz cztery tysiące debetu na koncie, a w piątek awans, premię i umowę przedwstępną w rękach?

 

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl