Nie będę owijać w bawełnę. Ani też zastanawiać się co o mnie pomyślicie po przeczytaniu tego, co mam Wam dziś do powiedzenia, bo wtedy pewnie po raz kolejny skasuję cały tekst i zacznę pisanie od nowa. A dziś wdałam się w dyskusję z jednym takim, Kant się zwie, i uświadomiłam sobie, choć w tej rozgrywce to jemu przyznaję punkt, że tak naprawdę nie rozmawia się o tym używając argumentów tylko na zasadzie „ten ma rację, kto głośniej krzyczy”.

Nie oglądam za wiele wiadomości, nie czytuję prasy i nie śledzę internetowych serwisów informacyjnych.  Ale pamiętam, choć niekoniecznie umiejscowię w czasie, historię płonącej warszawskiej tęczy. Bo od tej tęczy się zaczęło. Zaczęło się moje zastanawianie. Co by było gdyby…

Chciałabym tylko poinformować, że wszelkie „brzydkie” określenia jakimi będę się posługiwać w poniższym tekście, użyte przeze mnie zostaną jako narzędzie obrazujące poruszane przeze mnie sprawy i w żaden sposób nie wyrażają mojej osobistej opinii ani nie maja na celu obrażenia kogokolwiek

Gdyby się komuś chciało szukać, to o związkach homoseksualnych znajdzie wzmianki w najstarszej historii ludzkości. Oczywiście, przez wzgląd na zbyt długo trwający patriarchat, wzmianki te będą zwykle dotyczyły mężczyzn. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, moim zdaniem człowiek nie ma skłonności homoseksualnych. Człowiek albo jest homo albo hetero. Dla mnie homoseksualizm nie jest chorobą tylko naturą, tego się nie leczy tak jak nie leczy się oczu z koloru zielonego.

Zapomnijmy przez moment o definicjach. Już dawno zauważyłam, że definicje mają narzucać normy a nie je opisywać. A normy z kolei to już dawno nie normalność a większość statystyczna, więc taki slalom między pojęciami nie miałby najmniejszego sensu. Weźmy chociażby takie małżeństwo pod lupę. Dlaczego to musi być formalny związek kobiety i mężczyzny zamiast dwóch osób po prostu? A dlaczego ludzie biorą ślub? No z miłości, właśnie. Bo dwoje ludzi się kocha i wiąże ze sobą na całe, przynajmniej w założeniach, życie. Tak, wiem, ślub to papier, bez tego też da się żyć, bo o miłość chodzi. Nie da się, nie zawsze przynajmniej i niekoniecznie w naszym kraju. Bo bez tego papierka jesteś obcy/a dla najbliższej Ci osoby.  A odmawiając osobom tej samej płci możliwości zawarcia związku w sposób formalny, próbuje się je zaszantażować odebraniem na zawsze poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji za cenę spełniania swoich „wynaturzonych fantazji”. Geje i lesbijki żyją w tym kraju, pracują, płacą podatki. Mają równoznaczny wpływ na rozwój naszego społeczeństwa, gospodarki, bo są takimi samymi ludźmi, a to miano próbuje się im odebrać. Nie zgadzam się z tym. Każdy człowiek ma prawo do miłości, do związku, do poczucia bezpieczeństwa w kraju, w którym mieszka, dziedziczenia po bliskiej osobie, informacji w szpitalu na temat jej zdrowia i wielu kwestii, które na dzień dzisiejszy wymagają bycia mężem albo żoną. Zgoda na to nie będzie przywilejem. Będzie wyrównaniem. Będzie daniem w końcu prawdziwej szansy na równość w społeczeństwie.

I kiedy już nasze państwo stanie na wysokości zadania, dając szanse na równość wszystkim obywatelom, chciałabym, żeby pozwoliło im wychowywać dzieci. Żeby pozwoliło wszystkim, bez względu na to czyją żoną czy mężem będą, poddać się tym samym procedurom adopcyjnym. Tak, właśnie o tym mówię. Żeby dziecko mogło mieć dwóch tatusiów albo dwie mamy albo mamę i tatę. Żeby dzieci miały dwoje kochających je i siebie nawzajem rodziców.

Tak, ja właśnie byłabym skłonna oddać dziecko na wychowanie dewiantom. Dewiantom, którzy mogliby dziecko kochać, otoczyć troską, pokazać świat takim jaki jest a nie zakłamanym i dostosowanym do własnej jego wizji. Bo sami są tym marginesem, który większość wolałaby zagiąć i schować po drugiej stronie kartki, jakby go wcale nie było. Bo pewnie łatwiej przyjdzie im nauczyć dziecko szacunku i prawdziwej miłości dla drugiego człowieka, niż tym którzy szacunek i miłość bliźniego niosą tylko na sztandarach. Bo jeśli związek dwojga ludzi, którzy przeciwko sobie maja połowę z definicji normalności nadal istnieje, to znaczy, że jego fundamenty są silniejsze niż połowy heteroseksualnych małżeństw. Połowy rodziców, którzy wychowują swoje dzieci wpajając im te same wartości, którymi się kierują, dając przykład, własny. Więc, może zamiast zaglądać ludziom tylko pod kołdry, gdzie ręczę Wam, wychowywane przez nich dzieci nie zaglądają, popatrzeć na nich jak na ludzi, którymi sami jesteśmy.
I piszę to ja, matka Polka, kobieta żyjąca w związku małżeńskim zalegalizowanym w kościele.

 

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl