Zaznacz stronę

Ja, wyrodna matka, skrzywdziłam swoją pierwszą córkę. Skrzywdziłam ją po 2 tygodniach jej życia. Tamtego dnia zamarzyłam o największym okrucieństwie jakie ja, matka, mogę zafundować własnemu dziecku. Zapragnęłam kartonika mleka modyfikowanego. Ze łzami w oczach wyobrażałam sobie moment, w którym daję jej butelkę mleka, które wypije i ,w końcu najedzona, zaśnie. Marzenia się spełniają, spełniło i to.

Ja, wyrodna matka, skrzywdziłam swoją drugą córkę. Skrzywdziłam ją jeszcze w szpitalu. W 24 godziny po jej narodzinach zapukałam do drzwi pokoju pielęgniarek i poprosiłam o butelkę mleka dla głodnego noworodka. I ze łzami w oczach, siedząc  w malutkim pokoiku, na niewygodnym krześle, poiłam moje dziecko, patrząc jak wraz ze spływającymi do jej gardełka mililitrami mleka, na jej czerwono fioletową od płaczu buzię spływa spokój, jak się rozluźnia i najedzona zasypia wtulona w moje ramiona. Zasypia nieświadoma, że odbieram jej tym samym szansę normalnego i prawidłowego rozwoju…

Na stronie promującej karmienie naturalne matki, trafiłam na artykuł, który zatrząsł w posadach moim światem. Zazwyczaj, a pewnie nie tylko ja tak mam, cudze opinie są dla mnie inspirujące i skłaniają do wyrażenia własnego zdania na dany temat. Tym razem zamiast zainspirowana, poczułam się sprowokowana. Poczułam się jak margines, ostatnia patologia, która odbiera świadomie własnemu dziecku to co jest dla niego jedyną istotną kwestią, której egoizm ekstremalnie negatywnie rzutuje na szereg faz rozwoju, właściwie odbiera wszelkie szanse na NORMALNY rozwój.

Teraz odrobina wyjaśnień, co niektórzy mogą nazwać nieudolną próbą usprawiedliwienia własnych błędów. Cóż…

Starszą córkę urodziłam na tyle przed terminem, że 12 godzin wcześniej byłaby zaklasyfikowana jako wcześniak. Pierwsze dziecko, urodzone po ciężkiej ciąży, trudnej, zagrożonej, przepłakanej. I nareszcie jest. ONA: różowiutka, nieco ponad 2500 gramowa kruszyna. Naczytała się matka w ciąży to przyszedł czas by z teorii zrobić praktykę. I wszystko nam szło dobrze. Poza karmieniem. Mleka zero. ZERO ABSOLUTNE. Na szczęście jeść w szpitalu za dużo nie chciała, całe trzy dni od porodu praktycznie spała i kupczyła. Fajną pielęgniarkę mieli na oddziale, dokarmiała ją, po cichu, żeby dziecko nie gubiło wagi i oddziałowa nie widziała, bo straszna cholera z niej była. Cycek i koniec! A ja? Chciałam karmić, wypijałam litry herbatek wspomagających laktację… przez 2 dni nic. Na 3 dzień, jak już mnie ruszyło to się okazało, że anatomicznie to ja się na butelkę nie nadaję. No, ale cuda wymyślili, są nakładki na brodawki, które udają sutki gdy tak naprawdę ich nie ma. Do tego też się nie nadawałam. I po pierwszej nieprzespanej nocy, czego powodem było milion chyba prób nakarmienia dziecka własną piersią, czego wtedy jeszcze chciałam, wypisano nas do domu. Myślałam sobie, że to będzie teraz prostsze. U siebie, bez obcych wokół, na spokojnie… Tak, tylko że spokojnie to przestało być jak mała gadzina w końcu głód poczuła. Nie radziła sobie z chwytaniem piersi, ja nie wiedziałam już czego próbować, żeby jej pomóc. Udawało jej się tylko tych kilka pierwszych łyków, kiedy mleko praktycznie samo płynęło jej do buzi. Potem ssała, coś może jeszcze popiła i przysypiała. Zazwyczaj cały proces trwał godzinę, gdzie większość czasu spała zamiast pić. A po godzinnej przerwie zaczynałyśmy od nowa.  Był płacz, był głód, była położna, która mnie odwiedziła i tylko dolała oliwy do i tak już rozbuchanego pożaru słowami: „Ale to dziecko jest głodne, pani pierś wyciąga i przystawia, bo z wagi spadnie!”. Katowałam dziecko w ten sposób przez 2 tygodnie. W 14 dobie naszego wspólnego z nią życia wysłałam kogoś, bo nie pamiętam czy to był mąż, czy babcia, czy dziadek, do apteki. Po bebiko. Zastanawialiście się kiedyś czy można zobaczyć ulgę na twarzyczce dwutygodniowego noworodka? Mi się udało to zobaczyć kiedy dostała butelkę, wypiła swoje pierwsze 60 ml mleka i zapadła w błogi, 3 godzinny sen….

Druga córka, urodzona niecałe 2 tygodnie przed terminem, po kolejnej ciężkiej ciąży, wielu pobytach w szpitalu. I powtórka-mleka zero, ale tym razem głód ogromny. Wiecie, że przystawianie dziecka do pustych piersi powoduje zdarcie sutków i w rezultacie karmienie go własną krwią? Że po zgłoszeniu pielęgniarce oddziałowej (tej samej cholerze, co ostatnio, niestety) tego problemu  możecie usłyszeć „Nic mu (jakie mu? ja córkę urodziłam, do cholery!!) nie będzie, próbować, to mleko w końcu samo poleci!”. Poszłam do tego samego pokoju pielęgniarek. Poszłam dopiero po kilku godzinach, kiedy już moje zakrwawione, wysmarowane bepanthenem piersi zespajały się strupami z wkładkami laktacyjnymi. Poszłam, ale tym razem nie poprosiłam a zażądałam mleka dla córki. Dostałam strzykawkę glukozy i zalecenie żeby przystawiać. Przystawiałam i płakałam. Płakałam z bólu, bezsilności i żalu. Pękało mi serce na widok mojego głodnego dziecka. Dziecka, którego sama nakarmić nie mogłam a nikt inny nie chciał. Ale nie odpuściłam, wykłóciłam się o butelkę mleka. Potem musiałam kłócić się o kolejnych kilka… Kiedy wróciłyśmy do domu czekało na nas kilka kartoników mleka.

Ja WIEM, że dla zdrowego dziecka nie ma nic lepszego od mleka zdrowej matki. Ja próbowałam, ale nam nie wyszło. To nie jest kwestia winy, ani tego kto ją ponosi, za to, że tak własnie się stało. Po prostu tak wyszło i już, i odkąd niemal 7 lat temu po raz pierwszy zostałam matką tak własnie myślę.

Kobiety karmiące piersią, mające wystarczająco dużo siły, odpowiednią anatomię, stan zdrowia… CHWAŁA WAM ZA TO! Ale dlaczego my, matki niekarmiące, jesteśmy z tego powodu gorsze?  Karmienie mieszankami ma zapewne swoje wady, bo nigdy mieszanka nie będzie taka jak mleko matki. Dobrze, że ktoś chce uświadamiać i ma (tak zakładam) wiedzę o wiele większą niż przeciętna mama. Niepokoi mnie jednak ton z jakim coraz częściej wypowiadają się takie osoby. Z wyższością wszechwiedzącego, pełne zarzutu i krytyki argumenty nie do końca biorące pod uwagę położenie drugiej strony. Wpędzający w poczucie winy co najmniej. Nie dajmy się zwariować i pozwólmy sobie dokonywać wyborów w oparciu o własną intuicję a nie z obawy przed nagonką czy to w szpitalach czy najbliższym otoczeniu. Skład chemiczny mleka jest ważny, ale nie zapominajmy, że najlepsze co może spotkać nasze dzieci to nie mleko, a nasza miłość.

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl