Zaznacz stronę

Jak często głośnym krzykiem odzywa się we mnie tęsknota za „wielkim miastem”? Raz w miesiącu na pewno. Bywają jednak takie miesiące, w których mój wewnętrzny głos nie zamyka japy nawet na kilka dni i szarpie mi ucho wewnętrzne niemal codziennie.

Około dekadę temu wyfrunęłam sobie z gniazdka domu rodzinnego, by uprawiać coś, co niewtajemniczeni nazywają studiowaniem. Kto był studentem choćby pół semestru wie doskonale, że mówię tutaj o czymś, co z nauką miewa niekiedy mało wspólnego. Niewtajemniczonych uświadamiać dalej nie będę, z troski o spokój psychiczny ich przyszłych dzieci-studentów.

Poznań kochałam od dziecka, odkąd pierwszy raz, pierwszy który pamiętam, pojechałam z tatą w odwiedziny do ciotki. Zima była, albo coś koło tego, bo kiedy wracaliśmy było już ciemno, a mojemu w miarę odpowiedzialnemu ojcu nie przyszłoby zapewne do głowy po nocy ze mną jeździć. Do dziś pamiętam siebie małą, około sześcioletnią dziewuszkę, wciśniętą w grubą, wełnianą czapę, patrzącą na miasto przez okno tramwaju. I do dziś pamiętam uczucie, jakby wielki słoń siedział mi na klatce piersiowej, żołądku i całej reszcie dość istotnych elementów składowych człowieka znajdujących się w obrębie brzucha. Uczucie wywołane całym mnóstwem dziś sama nie wiem czego. Może to kontrast między ogromną ilością świateł na tle czarnego już nieba? Może budynki całkiem odmienne od tych, które widywałam na codzień? Może ogrom, który w porównaniu z moimi 120, powiedzmy, centymetrami wydawał się jeszcze bardziej ogromny? Nie wiem czym to było, ale zauroczyło mnie i zaczarowało chyba już na resztę życia. Kiedy więc przyszło mi zdać maturę nie było nigdy wątpliwośći dokąd ucieknę, albo dokąd, mając w pamięci to jedno wspomnienie, wrócę.

Ale suma nakładających się na siebie i z siebie wynikających zdarzeń sprowadziła nas tu, na małą wieś. I wy, myślący kategoriami „wsi spokojna, wsi wesoła” jesteście w cholernie wielkim błędzie. Wesoło bywa, owszem, ale o spokoju zapomnij. Sąsiadka z domu obok doskonale wie co miałaś na obiad, kiedy robisz pranie i że Twoje dziecko potrafi krzyczeć głośniej niż telewizor rozkręcony przez nią na niemal cały regulator, co by wyżej wspomniane dziecko zagłuszyć. Sąsiad pijaczek doskonale orientuje się jakiej marki bieliznę nosisz, bo nie omieszkał spojrzeć na metkę przez mały płotek ogradzający Twój taras. Panie w kolejce w wiejskim sklepiku, w którym ilość piwa równoważy się z ilością całej reszty dostępnych produktów, niekoniecznie dobrze widzące nominały drobnicy w swoich portfelach bardzo sprawnie wypatrzą, że „ta to nawet po bułki rano idzie w makijażu”, słuchanie ciężkiego metalu przy otwartych oknach latem skutkuje odpowiedzią w stylu disco, disco polo….

Wkurzamy się, że nie możemy być sobą u siebie, że każdy chce wiedzieć o nas wszystko i w rezultacie wie o nas więcej niż my sami. Ja wiem, że zjawisko o którym mówię występuje wszędzie. Ale tak często jak można je spotkać w dużym mieście, tak często można spotkać je w malym czy na wsi, ale na zdecydowanie mniejszym terenie. I ta gęstość jest przytłaczająca. Dlatego znów chciałabym uciec. Do „moich” nocnych świateł, szumu za oknem, który działał jak najlepsza kołysanka, do niezobowiązujących do rozmow podróży tramwajem, podczas których nikt mnie nie zapyta „czy to jo jestym łed tych Jyndrzejoków czy Kowolskich” (nazwiska zostały zmienione, celowo), gdzie dowolna odpowiedź będzie zaproszeniem do dyskusji… Ludzie, jak ja kochałam czytać książki w tramwaju! Nie jestem w stanie policzyć ile razy przegapiłam przystanek, ile razy spóźniłam się do pracy 🙂

I z perspektywy lat, to co wydawało się posunięciem dobrym, bo spokój, bo dzieci, bo powietrze czystsze, dziś wprawia mnie w tak ogromną frustrację, że miewam niekiedy ochotę krzyczeć do wtóru z moim wewnętrznym głosem… A antystresowe kolorowanki nie działają. Dzieci ciągle zabierają mi kredki.

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl