Kłamiesz jak blogerzy…

Podobno nadal żyją istoty sprytnie dryfujące pomiędzy mackami kapitalistycznych ośmiornic, posiadające szósty zmysł, dzięki czemu unikają blogów pisanych pod przyszłych reklamodawców. Przyznam się, że większość twórców wywołuje u Kanta mdłości, identyczne do tych jakie miała ukochana każdego poranka podczas noszenia młodego w brzuchu…

Głównym celem tworzenia w internecie jest zarabianie pieniędzy i każdy czytelnik powinien mieć tego świadomość – jeżeli wierzysz w szczytny cel blogosfery musisz być wyjątkowym ignorantem. Okazałbym się kłamcą gdybym nie poinformował czytelników o przyszłych planach związanych z monetyzacją tego miejsca, robiłem to już nie raz i zrobię kolejny… Tak, dzięki Kantowi zarobię na wywrotkę zupek chińskich – które uwielbiam i muszę przyznać, że  obżeram się nimi odkąd pamiętam.

Światy równoległe… 

Nigdy nie będę blogerem, bo najwidoczniej żyję w jakimś równoległym wymiarze, w którym czytelnik powinien być poinformowany o wpisie sponsorowanym. Kilka razy w miesiącu otrzymuję maile dotyczące współpracy, w których to na samym wstępie jestem informowany o konieczności napisania pozytywnej opinii  „Materiał nie powinien mieć negatywnego wydźwięku.” Nie jestem idiotą, doskonale rozumiem na czym polega współpraca. Jednak nigdy nie napiszę pozytywnej oceny słuchawkom, które wydają dźwięki przypominające działający laktator dwufazowy podłączony do obydwu piersi jednocześnie -Swoją drogą taki laktator polecam wszystkim posiadaczom bliźniaków 🙂   Oczywiście zupełnie przypadkowo, na mało znanym blogu słuchawki odnalazły się znakomicie, prezentując  walory przepisane z ulotki wciśniętej do pudełka… Najwidoczniej blogerom z łatwością przychodzi okłamywanie czytelników. Jednak jestem pewien, że karma kiedyś wróci ze zwielokrotnioną siłą przegrzewając serwery, na których ktoś umieścił reklamę nie informując o niej! a za kłamstwa wypisywane w artykułach należałoby zasadzić mocnego kopniaka w tyłek…

Bo w blogowaniu liczą się tylko lajki i udostępnienia… 

I teraz zacznie się zabawa, po której zostanę znienawidzony przez czytelników, bo jako prawowity władca blogosfery i wszystkiego co z nią związane, mógłbym wydać rozporządzenie zakazujące lajkowania i udostępniania akcji społecznych, w które zaangażowani są blogerzy.

Przecież ona pomaga, udziela się charytatywnie w każdej kampanii,  wszędzie jest o niej głośno, taka fajna z niej dziewczyna… Być może tylko Kant dostrzega różnicę pomiędzy medialnymi akcjami społecznymi, których jedynym celem jest promowanie własnej osoby a pomaganiem, chociażby świnkom morskim… Jeżeli twój ukochany bloger jest widoczny na każdym plakacie w Polsce  promując (tutaj wstaw dowolną akcję społeczną) to możesz być pewny, że pierwsze pytanie jakie zadał organizatorom brzmiało jaki zasięg będzie miała kampania, cel kampanii odgrywa drugorzędną rolę. I teraz zaczyna się całe to blogowe szaleństwo, gdzie większość z tych słodko wyglądających twórców odmówi udziału w akcji charytatywnej, bo żadna z nich nie jest sponsorowana z unijnego budżetu, a więc reklama w największych mediach odpada. Oczywiście nie mam nic przeciwko akcjom społecznym, w których uczestniczą blogerzy to naprawdę świetna sprawa. Jednak doszukiwanie się jakichś wyższych wartości jest szczytem hipokryzji, zwłaszcza gdy robią to sami blogerzy.

Z innej beczki…

Dzisiaj pierwszy raz w tym sezonie zaplanowaliśmy wyruszyć na rodzinną wycieczkę i to na wypożyczonych rowerach. Naprawdę nie wiem jak to odbywa się u was, lecz w naszej szalonej rodzinie wszystko co zaplanowane oznacza  katastrofę – uprzedzając fakty wspomnę tylko, że za większość odpowiada Kant. Jak wiemy niedaleko pada jabłko od jabłoni i dokładnie w momencie, w którym wyszliśmy, młody zamknął drzwi.  W całej tej historii nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ukochana wraz z mężem znaleźli się po drugiej stronie, drzwi. Zanim się obejrzałem ktoś przekręcił klucz, oczywiście tym kimś był młody.  Po 30 minutach błagania o wykonanie wszystkich czynności w odwrotnej kolejności sprawca całego zamieszania postanowił się rozpłakać i na tym zakończyliśmy naszą wycieczkę. Mógłbym podejść do jedynego okna, przez które ujrzałbym zrozpaczone dziecko czekające na superbohatera, ale tego nie zrobiłem, bo ukochana zawiesiła tam firankę, przez którą nic nie widać z zewnątrz. Na szczęście na pomoc przyszła wiertarka sąsiada i przy jej pomocy rozwierciłem wkładkę w drzwiach. W zasadzie to największa zasługa w uwolnieniu młodego powinna zostać przypisana wiertłu, które bez najmniejszych problemów poradziło sobie z antywłamaniowymi drzwiami.

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl