Dopadła mnie blogosfera. Wzięła z zaskoczenia a ja się nie obroniłam. Próbowałam trochę opór stawiać, ale powiedziała mi… No właściwie nic nie powiedziała tylko stała, patrzyła i się dziwnie uśmiechała. Nie pomogły wykręty, a na sarkazm i złośliwości zareagowała głośnym śmiechem. Uwierzycie? Następna co wie lepiej niż ja co mam we łbie. No trzepnęłabym małpę paskudną, ale mi zwiała. Wiedziała, że w pojedynkę jestem bez szans 🙂

Pomysł blogowania kiełkował. Długo? Na pewno nie za długo, bo oto nastał ten moment, iskra rozbłysła i już się sobie tutaj wyobraziłam. Nie będę Was kłamać i kolorować rzeczywistości i powiem wprost, że jeszcze pół roku temu, na moim prywatnym Facebookowym profilu w kliknięciach „lubię to” nie było ani jednego bloga. Nic. Zero absolutne.

I pewnego dnia, kiedy było cholernie zimno, bo to zima była, więc to oczywiste, że musiało być zimno, blogosfera znów mnie dorwała. I walnęła we mnie kantem…

HISTORIA KANTA

Do końca życia może się cieszyć, że był moim pierwszym… blogiem 🙂 Nie wiem jak na niego trafiłam, pojęcia nie mam, nie pamiętam, proszę skończyć przesłuchanie, podpiszę co trzeba i chcę do domu. Ale pamiętam, że to był tekst, z którego wynikało, że wózek sklepowy=dupa. Śmiałam się, a to był dobry znak. Kilka kolejnych wieczorów i nocy poświęciłam na czytanie. Jeśli użyć porównań zoo-kulinarnych, to nie było to skubanie po kawałeczku i delektowanie się smakiem tylko wpychanie do ust garściami i wypychanie sobie policzków jak chomik. Było dużo, było dobre. I nie tuczyło 🙂 Nie mogłam się oderwać z dwóch powodów. Po pierwsze i w sumie oczywiste dla znających jegomościa, pisze tak jak nikt nie pisze. Kto nie zna niech zagląda i życzę smacznego. Po drugie, najważniejsze, uświadomił mi, że blogi to nie tylko szafiarki, mamy ze zdjęciami kupek w pieluchach czy ekshibicjoniści wybierający nieco inną formę obnażania. Z biegiem dni okazał się kimś więcej. I teraz kiedy siedzę i piszę o nim, nie umiem o nim myśleć inaczej niż o gościu w full capie na głowie, szerokich portkach (no wiadomo, że na tyłku, po co miałam to napisać?), przepasanym różowym tutu, ze świetlistymi skrzydełkami na plecach 🙂

Ktoś mądry mi powiedział, że kiedy przychodzi mi mówić o innych wychodzi mi to lepiej, niż kiedy mam powiedzieć coś o sobie. Miał rację. Powoli idźmy więc dalej

Powoli. Po prostu.

Teraz możecie wziąć łyżeczkę i talerzyk. I widelec, talerz głęboki, parę garnków. Czekajcie, półmiski i te dużą blaszkę też. Może jeszcze ze dwa, nie, lepiej trzy naczynia żaroodporne i foremki do babek… Dużo tego, ni to w torbę, ni w walizkę. Lepiej dla Was jeśli zaprosicie Artura do siebie. Nie sądzę, aby zechciał na stałe się do Was przeprowadzić czy choćby regularnie odwiedzać, bo jak mu się nagle wszyscy z zaproszeniami wysypią to mu grafik pęknie. Wystarczy zajrzeć na stronę a dostaniecie wiele więcej niż można się spodziewać. Bo dobry przepis to tylko przy okazji. Przez jego garnkowe opowieści przewijają się nie tylko zapachy potraw, a uwierzcie na słowo a potem sprawdźcie sami, że naprawdę można je poczuć, przez ekran komputera. U Artura każdy smak ma swoją historię, bo jeśli nikt nie napisał jej wcześniej, on na pewno będzie potrafił ubrać ją w słowa. Miłość też może mieć swój smak, a ten swoja własną historię.

Gonimy codziennie za czymś. Ja na przykład biegam za dziećmi. Ale bieganie za bieganiem też jest fajne. Szczególnie jak się biegnie z książką pod pachą. Chyba, że się ucieka przed kotem, żeby ten nie zeżarł książki?

Bookworm on the run

Paweł biega. Ja nie. Ale „bieganie to stan umysłu”, więc jak on tak ładnie, mając krew, pot i łzy w tle, pisze, pokazuje i opowiada… To myślę sobie (a myśli się umysłem-naprowadzam na moje pokrętne analogie), że kiedy mu czasem współczuję, to czuję się jakbym biegała razem z nim 🙂 i w tej kwestii czuję się zaspokojona. Ale to nie koniec! U niego to taka internetowa szkoła, która uczy jak przetrwać życie, kiedy wydarzy się wszystko, co może się wydarzyć, a także to na co nie ma statystycznego prawdopodobieństwa. Pomylisz klucze? Nie ma sprawy, jest i o tym. Twoje domowe sprzęty chcą Cię wykończyć?  Bierz przykład. Tym jego, dzięki Bogu, się nie udało, a zahartowany w bojach o życie z domowym sprzętem w warunkach pokojowych funduje mi (za rzadko, ale On o tym wie i mam nadzieję, że się poprawi) czytelniczą ucztę pisząc o czytaniu. Jak na robala książkojada przystało to drugi taki, przypadkiem spotkany jest mi równie bliski jak mój regał z książkami. A w świetle pewnych zmian w moich posunięciach i podjęcia pewnych wyzwań, mogę mu z tego miejsca powiedzieć skromne i z pewnością niewystarczające Dziękuję.

I mogłabym tak jeszcze pisać i pisać. Jest Was, ludzi z nowo odkrytego przeze mnie wcielenia internetu, znacznie więcej. Ale to ta trójka powyżej dziś jest tym, o czego istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia i za to im dziękuje.

Shareweek czy szerłik zwał jak zwał, ale nawet gdyby nie to, to i tak oni 🙂

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl