Walentynki mili Państwo to temat, którego nie odpuszczę. O nie! Jak można pominąć milczeniem morza serduszek wylewających się z każdej sklepowej wystawy? Jak nie dać się ponieść fali miłosnego uniesienia na widok ton czekoladek w kształcie serca, zapakowanych w pudełka w kształcie serca? Temu drugiemu to ja się chętnie poddam, serdecznie kocham czekoladę. Tyle tylko, że świętowanie walentynek… to nie dla mnie.

Zaraz sobie pomyślą, że rozwód się szykuje 🙂 Spokojnie, możecie dalej MU współczuć i wysyłać SMS-y ze słowami wsparcia 😛 Tu chodzi o to, że gdybym chciała, żeby mój facet uczcił ze mną ten dzień, albo ja sama miała zamiar na tę okazję szykować coś specjalnego, to chyba obraziła bym tym samym całą resztę dni w roku, jakie ze sobą spędzamy…

Święto zakochanych. A czy my jeszcze jesteśmy zakochani? Dobra okazja, by wyznać sobie miłość. Czy po dziesięciu latach wspólnego być-albo-nie-być trzeba jeszcze szukać okazji?

Wyobraźcie sobie teraz Paskudę udającą się z małżonkiem na romantyczną kolacje w tym dniu. I nie byłby to ciasny kąt między zlewem a kuchenką w naszej biało-jakiejś nowej kuchni tylko, jak szaleć to szaleć, restauracja, gdzie tę kolację nie dość, że nam podadzą to jeszcze za nas ugotują. I może akurat w tym dniu byłabym na tyle przyjaźnie nastawiona nie tylko do małżonka, ale i do świata i nie trzasnęłabym jakimś zgryźliwym tekstem do kelnera czy kelnerki, nie musząc dzięki temu przez cały posiłek zastanawiać się nie tyle „czy” a „ile razy” napluto do mojej sałatki…. Nie, za dużo fantastyki. Bo zaraz potem zaczęłabym zauważać stado młodzieży, w pary podzielone, wzajemnie w obrębie tych par nektar z dzióbków sobie spijające.

( 10.02.2017, godzina 01:21. Robię przerwę w pisaniu, bo od wspominania o jedzeniu zrobiłam się głodna. Idę po ciastka)

No dobra, nażarła się to teraz możemy porozmawiać już na serio.

Kiedyś walentynki mnie kręciły. Jak miałam 13 czy 17 lat to jeszcze było szał-łał. Teraz jestem chyba już za duża i wyznawanie miłości raz w roku zdecydowanie mnie nie bierze, bo walentynkowe podchody mogłyby być jedynie początkiem, wstępem do tego co mam dziś. I tak, zamiast bukietu róż 14 lutego mam nagrzane wyrko, kiedy o trzeciej nad ranem, ze stopami zimnymi jak kostki lodu wślizguję się pod kołdrę. Zamiast romantycznej kolacji w restauracji, mam płaczącego nad kosteczkami cebuli męża, kiedy w niedzielne popołudnie udaje nam się dziewczyny zająć czymś innym niż :mama, tata, powiedzcie jej coś” żebyśmy w rytm rechotu z żartów o znajomych mogli spektakularnie po raz kolejny spieprzyć niespieprzalną zapiekankę i mieć to gdzieś. Zamiast pierścionków z diamentami czy nikomu niepotrzebnych etui na wizytówki za duże pieniądze mamy czas na to, żeby zamiast w ekran przy poszukiwaniu najlepszego prezentu spojrzeć na siebie i się tylko do siebie uśmiechnąć. Zamiast siedzieć w ścisku na kinowych fotelach, bo on myślał, że ja chcę Greya, a ja nie chciałam, zeby mu było niezręcznie i się zgodziłam, mamy popcorn z microfali, głupie bajki i dwie dziewczyny, które tempem robienia rozpierduchy spokojnie mogłyby rywalizować z filmowymi 300. Trzystu na raz 🙂

1 z 365 dni w roku możemy sobie odpuścić świętowanie zakochania, bo mamy na to pozostałe 364. Codziennie

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl