No jak ja niby mam w kilkunastu czy nawet kilku zdaniach odpowiedzieć na to pytanie, skoro od prawie miesiąca próbuję zasiąść jak człowiek, bloger choćby, do komputera i pisać. Próbowałam, naprawdę, już nawet z komputerem na kolanach zasiadłam do fejsbuka i inspiracji zaczęłam szukać. I co? i g..rubo przeceniałam swoje możliwości 🙂

(I teraz następuje spory kawał pustego miejsca…)

 

 

 

 

 

Raz chciałam napisać o świeżo przeczytanej książce. Niezła była, lepsza nawet. Na ten pomysł wpadłam jakieś 30 stron przed końcem, ale na ostatniej się okazało, że książka ma jakieś 15 ciągów dalszych, więc nie sposób było nie zatonąć na dłużej, bo to by było jak przerwa na reklamy…. Nie lubię 🙂 Jak już szesnastą przeczytałam, to dotarło do mnie, że nie dam rady w jednym wpisie i albo spoiler albo nic.

Potem była bardzo zła książka. Już mnie palce swędziały, oj taaak! Przemożna chęć wylania na autora wiadra pomyj za zmarnowanie dwóch wieczorów przy akcji wartkiej jak woda w kałuży po roztopach ostygła nieco, kiedy zdałam sobie sprawę, że się potem chłopaczyna załamie! Że jak ja mu tak z grubej rury prosto na marzenia i nadzieje chlusnę to się nie podniesie. A nie daj Boże recenzja byłaby lepszym kryminałem niż przedmiot oceny? Kulka w potylicę, jak nic!

Pewnego razu miało być nawet o parkowaniu. Ale co jak tam mogę marudzić na temat, skoro się niemal w poprzek mieszczę na miejscach parkingowych? Przecie to moje autko jak się wokół własnej osi obróci to ja nawet nie poczuję, że zawracałam, a co dopiero jakieś problemy w stylu „przecież się tu nie zmieszczę” miałyby mnie dotyczyć… Co innego takie wielkie terenowe coś, które sobie przywłaszczyło gwałtem i siłą centymetry kwadratowe z miejsca po mojej stronie białej linii. Kilka centymetrów kwadratowych pięknego, czerwonego, błyszczącego, woskowanego lakieru też se wzięło. Z moich kurwa drzwi… I już miałam napisać, ale się okazało, że pokazanie symbolicznego środkowego palca blondynce kierującej wspomnianym terenowym, gwałtem i siłą zdrapującym, piękny czerwony lakier z moich drzwi samochodem, kiedy to wspomniana ośmieliła się zaproponować, „że się może dogadamy” kosztowało mnie tyle czasu i rozmów przez telefon, ze w tamtym okresie, przez tydzień niemal, ledwo z obiadem wyrabiałam. i sprawa ucichła mi w głowie. Wszystko przez przyjemne ciepełko podgrzewanych foteli auta zastępczego (za całe tysiącpińćset za dziesięć dni, z OC blondynki oczywiście, hy hy hy)

Mogłabym jeszcze napisać o żywej lampie, którą sobie do domu przywiozłam, ale jej piękne oczyska już wszyscy widzieliście i dobrze się domyślacie, że spędzam dnie i noce na niewolniczej pracy przy uprawie kocimiętki… 🙂

A teraz tak całkiem poważnie.

Nie zawsze się da. Serio. Zazwyczaj błyskotliwe metafory i pięknie zbudowane zdania przychodzą mi do głowy wtedy, kiedy nawet nie mam ich jak zanotować a co dopiero przerodzić w dobry tekst. Bo nawet jeśli zapamiętam ten jeden tekst, jedno zdanie, to po kilku godzinach zupełnie nie mam pojęcia skąd do cholery wytrzasnąć resztę 🙂

Co w takim razie z tą pustką w głowie zrobić? Nic. Z tym się nie walczy. Trzeba przeczekać. W międzyczasie można pisać o głupotach.  Ale nie trzeba przecież 🙂

 

Pin It on Pinterest

Share This

FreshMail.pl